marysia

Data : 2007/02/23
–> Długość filmu : 19 minut
Ilość zdjęć : 45 zdjęć

Deszcz zacinał w wentylator i reflektor naszej skodzianki, którą woziliśmy dupę po mieście w poszukiwaniu dupeczek na podwiezienie. Jednakże zacinający deszcz nie był jakąkolwiek przyczyną dezorganizacji w naszych szeregach – wręcz przeciwnie jeszcze bardziej zmobilizował do zakręcenia własnym śmigłem, lub też wyszukania lachociąga, który to uczyni bezinteresownie. W okolicy nie odbywała się niestety żadna zabawa, na polach było już dawno po żniwach, a w lasach wszystkie grzyby i maliny zostały wygrzebane, więc szanse na znalezienie jakiejś chętnej, ponętnej dupeczki równe były szansie znalezienia dziewicy w domu uciech Bonanza przy trasie Warszawa – Katowice. Szybko kończyła nam się waha w baku, dlatego po zaczerpnięciu danych w lolalnej informacji w biurze informacji turystycznej pod sklepem Biedronka wśród żulerskiej gawiedzi, ruszyliśmy w długą zgodnie z kierunkiem wystawionego palca menela z biura informacyjnego, do najbliższej stacji benzynowej. Tutaj zorientowaliśmy się, że korzystając z pomocy pięknoblondwłosej dupencji mamy możliwość wzięcia udziału w promocji. Uiściliśmy stosowną opłatę zerkając tylko jak ta niemiłosiernie kształtna dupeczka ukazując nam swój wypięty tyłeczek i stringi zeń ukazujące się, wlewa nam zgrabnym ruchem węża kolejne litry benzyny. ślinka nam nieco pociekła widząc tą jędrność – aż dech zaparł nam pyty. Postanowiliśmy zabrać promocyjną gwiazdkę – Marysię do naszego wozu, aby nieco dogłębniej skorzystać z promocji. Tak nam się radośnie rozmawiało, że zostawiając stacje benzynowe w tyle wyjechaliśmy poza miasto w kierunku nieokreślonym, podziwiając kominowo-fabryczne krajobrazy za sobą. Rozmawiając dość długo z naszą nową koleżanką dowiedzieliśmy się, że jej śliczna uroda wzięła się głównie nie dzięki matce – brązowej medalistce olimpijskiej w podnoszeniu ciężarów, lecz dzięki tacie – fińskim łowcą żółwi i płaszczek w Zatoce Meksykańskiej. Jej rodzice poznali jednak połowu dorsza, a spłodzili ją w jedną z księżycowych nocy, kiedy to upici winem z brazylijskich odwłoków meduz rybacy – rzucili się jak świnie na stado owiec wypasających się na zboczach skalistych gór. W tak pięknych okolicznościach przyrody powstał zalążek tej niecodziennej dupencji jaką teraz mogliśmy wozić gdziekolwiek naszą czteroletnią skodzianką. Docierając do hacjendy, gdzie mieliśmy zamiar nieco nadkonsumować obiecanej nam promocji, poczęstowaliśmy naszą dupencję sokiem z malin rosnących w dzikich stepach Boliwii, który to sok ma właściwości rozjątrzające, podniecające a w niektórych przypadkach powoduje niestety niestrawności i rozwolnienia. Na szczęście na naszą Marysię sok podziałał znakomicie i zgodnie z babcinym przepisem. Dlatego też poszliśmy na całość oferując drobną kwotę za niewinnego lodzika. Jej uśmiech znaczył więcej niż cały referat, czy przemówienie tow. Wiesława na 4 plenum. Wiedzieliśmy też że zadarty do góry sweterek oznaczał tyle, że możemy rzucić się na nią niczym wcześniej wspomniani pijani rybacy na owce :D. Lodzik którym uraczyła naszą ekipę Marysia mile pozostał w naszej pamięci za co podziękowaliśmy sympatycznej dupeczce strzałem w gębodół, co i ona zapamięta po wsze czasy…

 

       

Dodaj komentarz