podrywaczki, borucha

Wracając jak zwykle znany w szerokim kręgu pisarzy, poetów, artystycznej śmietanki towarzyskiej jak i pośród leśników, związków i stowarzyszeń grzybiarzy, fanów jodeł świerków, modrzewi i limb wracał ze spotkania półliterackiego Marek Żelechowski zwany gajowym borucha. Spytacie dlaczego go tak nazywano? Bo … Wiadomo o co chodzi :D. Cień świadomości rzeczywistości, który mu pozostał tego poranka pozwolił mu na minięcie bardzo rozległym okręgiem grupy miejscowej żulerki, która pod sklepem czaiła się aby skroić właśnie takich ledwo ciepłych obywateli. Marek widząc patrol straży miejskiej i policji zdołał wypowiedzieć zwięzłe wyrażenie o wy ch.., otrzeźwił go nieco fakt, iż patrol skierował się w jego stronę grożąc mu palcem. Jednak zgubił ich w tłumie maskując się pośród zaspanej góniczej gawiedzi, która właśnie udawała się na ranną zmianę do kopalni odkrywkowej węgla kamiennego. Umorusany w  górniczej sadzy gajowy borucha odwiedził poblisku sklep monopolowy, gdzie duszkiem na miejscu wywalił browara, bo właśnie go zaczął już łapać kac, po czym żywszym klinowym krokiem udał się w kierunku dworca autobusowego, aby w końcu odwiedzić swoją kolejną małżonkę, oraz syna, któremu dzisiejszego dnia postanowił uświadomić ręcznie aby skończył z kryminalno – recydywistyczną ferajną i zabrał się za coś pożytecznego – pisanie książek, układanie towarów w hipermarkecie lub też zbieranie nadgniłych spadów jabłek w gospodarstwach rolnych. Tuż po dojściu do dworca i wykupieniu biletu oddał się uciesze uwolnienia moczu pod dworcowym murem. Pogrzebał chwilę w kieszeni, gdzie znalazł zawieruszony kiep z ostatniej imprezy. Paląc końcówkę extra mocnego przełożył jajka z nogawki do nogawki, gdyż zakładając gacie po pijaku nie zauważył żółto-brązowych plam i zgodnie z zasadą żółte na przód, brązowe na tył winien być założyć majtochy na tyłek. Nie zważając jednak na aktualne niedogodności Marek ruszył dalej odwiedzając po drodze kiosk, gdzie na pierwszej tapecie leżała codzienna szmatława gazeta. Na ostatniej stronie widniało zdjęcie nawalonego w 3d Marka obmacującego jakąś małolatę pod tutejszą dyskoteką. Zbystrzał wnet Marek orientując się że albo ktoś go robi w babmbuko albo to fotomontaż. Z nieco podniesionym ciśnieniem udał się na pobliski przystanek PKS, gdzie czekała sympatyczna ciemnowłosa dupeczka. Klepiąc laskę po tyłeczku, zaraz po wejściu do PKSu pomyslał sobie – normalnie ją za cipę złapałem, ale żeby od razu o tym w gazetach pisać… coś tu było nie tak.. Tuż obok artykułu dotyczącego ataku dwudziestocentymetrowych penisów na lokalny sexshop, które dziurawią prezerwatywy. Cóż.. nie ma co brać do głowy takich bzdetnych informacji. Zabarłożył się Pan Marek gdzieś na ostatnich siedzieniach PKSowego dyliżansu. W alkofetorze jazda mijała bardzo szybko, kiedy to po raz kolejny ktoś poruszył Marka za nogawkę, ten zamachnął się, lecz jego ręka zatrzymała się tuż przed twarzą wąsatego gościa, który spytał czy aby przypadkiem nie zachciało by mu się popchnąć od tyłu atrakcyjną dupeczkę. W jednym momencie przez jego głowę przeleciało stado myśli, bił się z wizją kolejnej kompromitacji w gazetach, więc początkowo Marek stwierdził, że nigdzie nie idzie. Lecz kiedy uzmysłowił sobie, że miałby właśnie lekko popchnąć laskę, której dał klapsa tuż przy wejściu do PKSu – to czemużby nie. Marek obudził się, kiedy już cała ferajna siedziała przy stole sącząc energetyczne soki. Zza pazuchy wyłoniła się flaszeczka Marka, którą obalił niemal duszkiem, a wyjmując sztuczną szczękę na stół zabrał się odrazu za minetkę. Bez ogródek wkleił swe ślepia w uda Magdy podróżniczki, która tego dnia miała nietęgie zadanie. Po dokonaniu czynu lubieżnego wielki krakowski poeta zrobił wywód na temat swojej prostaty, swych książek i życia wogóle. Wszyscy pasażerowie zgodzili się zakupić Markowe książki, z których dochód przejdzie na pokrycie długów Marka… !

Dodaj komentarz